PODZIEL SIĘ

Tekst został umieszczony pierwotnie na portalu Twitter.

„Sytuacja na granicy nie ulega poprawie, choć – w pewnym sensie – stabilizuje się. Dziś spróbujemy spojrzeć na nią z perspektywy zderzenia dwóch wartości, rozpoznawanych na poziomie międzynarodowym: praw człowieka i suwerenności.O suwerenności było już w ostatnim wątku, więc nie będziemy się rozwodzić nad tematem: to uprawnienie do uregulowania stosunków wewnętrznych w sposób całowładny samowładny.

Nie ulega wątpliwości, że przewiezienie na nasza granicę kilkuset (kilkutysięcy?) osób i zagrzewanie ich do jej sforsowania stanowi zamach na suwerenność państwa polskiego, przypuszczony przez Białoruś. Kwestia ta nie budzi większych wątpliwości.Nawet na poziomie prawa międzynarodowego państwa nie są jednak jedynymi graczami. Dostrzegalne są interesy innych podmiotów, które nawet, jeśli nie mają wpływu na kształt stosunków międzynarodowych, objęte są ochroną. Podmiotami takimi są np. ludzie.

Na pewnym etapie rozwoju państw, a było to po awanturach z 1. poł. XX wieku, państwa doszły do wniosku, że to jednak nie może być tak, że przy starciu mocarstw ludzie traktowani są jak przedmioty. Oczywiście cała alt-prawica się teraz żachnie, że hehe, co nam tutaj typo opowiada, przecież tak było zawsze, wielka polityka, gdy słychać szczęk oręża milkną togi itd. Wszystko fajno, tyle, że od XIX wieku trochę się w kwestii sporów państw zmieniło.Po pierwsze, weszliśmy w paradygmat demokratyczny.

Nie jest zatem już tak, że mamy trzech panów cesarzy i oni mają ołowiane żołnierzyki w naturalnej skali, którymi się leją między sobą, ale społeczeństwa zorganizowane w państwa. To zmienia postrzeganie jednostki: nie jest ona jedynie przedmiotem, ale podmiotem, bo w jej imieniu sprawowana jest władza. Trzeba zatem porzucić wygodną perspektywę, wedle której robi coś państwo jako oderwany byt. Robi państwo w imieniu i na rzecz społeczeństw.Po drugie, zmieniły się środku techniczne. Mamy szersze możliwości zarówno zabijania, jak i pomagania. Wyżywienie kilku tysięcy dodatkowych osób, danie im minimum egzystencjalnego nie stanowi przeszkody faktycznej ani istotnego obciążenia.

Śmieszki powiedzą zapewne tak, jak ambasador USA przy ONZ – że prawo międzynarodowe to taka maskarada dla słabeuszy. Znów odpowiem: między innymi ta maskarada zapewniła Zachodowi 70 lat bez wojny, w jako takim poszanowaniu ludzkiej godności.(Całe to gadanie przypomina zresztą opowieści, że nie potrzeba nam Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, bo rodzic jak będzie chciał, to i tak stłucze.)

Stan gry jest więc taki, że nawet jak się mamy lać i kłócić, to trzeba robić to w sposób zabezpieczający życie i zdrowie ludzi. Oczywiście, to w jakim zakresie uda się to zabezpieczyć, to inna sprawa – czasem pożar będzie na tyle duży, że nie uda się ocalić nawet życia. Sęk w tym, że tak wielkie pożary nie zdarzają się często, a nawet w ich przypadku życie i zdrowie ludzi nie jest wartością pomijalną. Ludzkie istnienie nie jest wartością pomijalną, nawet w polityce międzynarodowej. Jeśli zaczyna być, to wchodzimy na bardzo niebezpieczną ścieżkę.To, w jakim zakresie podlega ono ochronie, zostało opisane na gruncie praw człowieka. To przeciekawa konstrukcja, której głównym założeniem jest ograniczenie samowoli państwa wobec jednostki – rozumianej jako ludzkie istnienie, a nie obywatel. Nie wchodząc w szczegóły teoretyczne: to o czym teraz będzie mowa, to tak zwane prawa pierwszej generacji, w uproszczeniu zakazujące lać pałami ludzi na ulicy za to, że stoją. Podstawowym dokumentem jest tutaj Rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 1948 roku, zwana Deklaracja Praw Człowieka.Czytamy w niej np. że: „Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw”. Albo, że: „Każdy człowiek posiada wszystkie prawa i wolności zawarte w niniejszej Deklaracji bez względu na jakiekolwiek różnice rasy, koloru, płci, języka, wyznania, poglądów politycznych i innych, narodowości, pochodzenia społecznego, majątku, urodzenia lub jakiegokolwiek innego stanu.”

W innym miejscu natomiast, że: „Każdy człowiek ma prawo do życia, wolności i bezpieczeństwa swej osoby”, albo, że „Każdy człowiek ma prawo ubiegać się o azyl i korzystać z niego w innym kraju w razie prześladowania”. Ona jest oczywiście doprecyzowana całą ciężarówką konwencji międzynarodowych, ale dajmy sobie z tym spokój, bo raz, to jest fb, a dwa – kwestia jest dość oczywista.I teraz zabawmy się w subsumpcje.Na polsko-białoruskim przejściu granicznym mamy obecnie coś w rodzaju pułapki. Setki osób zostało sprowadzonych tam przez białoruskie służby, które obecnie blokują im możliwość powrotu. Ci ludzie nie mogą swobodnie wrócić do Mińska i na ten moment to jest fakt.Z drugiej strony pułapkę tworzy polska granica i polskie służby. Oni nie pozwalają wyjść z tej pułapki na stronę polską. Nie podejmują też żadnych kroków, które pozwoliłyby tym ludziom uzyskać podstawowe zaopatrzenie, właściwe obozom dla uchodźców.

Nie wiemy, ile z tych osób uzyskałoby status uchodźcy w Polsce i w UE, nie ma natomiast wątpliwości, że każda z nich ma prawo o taki status się starać.Nie wiemy, ile osób jest na granicy. Wiemy, że do jednego samolotu wsiada pewnie max. 200, i że nie ma innej drogi z Iraku, niż lotnicza. Wiemy też, że znaczna część samolotów Białorusi została uziemiona w UE.Nie ulega wątpliwości, że ci ludzie, którzy siedzą w tej pułapce, są objęci uprawnieniami opisanymi w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.

Nie ma żadnego znaczenia, że przywiozła ich tam białoruska milicja, że im zapłacił Łukaszenko za przelot, nie ma znaczenia, że oni chcą do Europy dostać się nielegalnie. Żadna z tych okoliczności nie wyłącza tego prostego faktu, że to są ludzie, że ich życie i zdrowie jest wartością, którą należy chronić.

I teraz najistotniejsze: oczywistym jest, że treść deklaracji podlega interpretacji. Że można powiedzieć: a co to w ogóle znaczy? Tyle, że akurat w obecnej sytuacji sprawa jest bardzo prosta. Więc po kolei.„Każdy człowiek ma prawo ubiegać się o azyl i korzystać z niego w innym kraju w razie prześladowania.” – czy odcięcie drogi powrotu do kraju ojczystego (Iraku) jest prześladowaniem? Tak. Czy ma tutaj znaczenie fakt, że tym ludziom naopowiadano, że Polska ich przywita chlebem i solą? W żadnym razie. „Każdy człowiek ma prawo do życia, wolności i bezpieczeństwa swej osoby” – czy stłoczenie kilkuset osób w małej przestrzeni, bez możliwości jej opuszczenia, w ciągłym strachu przed przemocą ze strony służb Białorusi, bez namiotów, jedzenia, toalet, za to z dziećmi, nocnymi przymrozkami i laniem z armatki wodnej jest pozbawieniem takiego prawa? No jednak tak. I nie ma znów znaczenia, że ci ludzie zapłacili przemytnikom, że chcieli robić kebaby pod Berlinem. To nie usprawiedliwia tego, by traktować tych ludzi gorzej, niż zwierzęta. Nie ma też znaczenia, że forsują polską granicę: nie uciekają bowiem z obozu uchodźców, ale starają się wydostać z pułapki.

Idźmy dalej. Cała sytuacja jest elementem jakiejś geopolitycznej gry, prowadzonej przez Łukaszenkę, której cel nie jest jasny. Zostało wykreowane napięcie, być może nawet zagrożenie. Obecnie sprowadza się ono do tego, że na granicy mamy parę tysięcy osób. Czy to jest stopień zagrożenia, który usprawiedliwiałby tak drastyczne odejście od minimalnego standardu ochrony życia? Czy my, jako stosunkowo zamożne społeczeństwo, nie możemy zorganizować tam ludzkich warunków bytowania? Obozu przejściowego? Przecież tymi samolotami, co tam zostały, nie dowiezie się tutaj jednej nocy miliona osób. Co stoi temu na przeszkodzie? Coś więcej, niż prosty fakt, że po prostu możemy? Że całkiem klawo ponaprężać muskuły kosztem tych kilku tysięcy istnień? Bo – i tu mają rację miłośnicy realpolitik – nikt nam tego nie zabroni, ani nikt z tego nie rozliczy?Tyle, że jeśli tak postawić sprawę, to ja bym dodał pytanie: czy jako społeczeństwo chcemy w taki właśnie sposób korzystać z naszej suwerenności?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz treść komentarza
Wpisz tutaj swoje imię

piętnaście + 10 =